Ostatnio pracuję nocami. Nie lubię tego, ale niestety czasem trzeba. Szczególnie wtedy, kiedy dzieci są chore a zobowiązania zawodowe nie chcą przesunąć się na inny bardziej dogodny termin. Więc trochę z obowiązku, trochę z pasji i pracoholizmu a trochę z chęci oderwania się od obowiązków domowych wieczory mam pracowite.

Ale nie o tym…

Pracuję na komputerze i wszelkie powiadomienia z facebooka-a czy maila wyświetlają mi się na pulpicie. Tak – wiem, nie jest to dobre biorąc pod uwagę organizację pracy i realizację założonych wcześniej zadań itp. Cały czas walczę, żeby nie otwierać tych maili natychmiast po otrzymaniu, ale tym razem nie mogłam inaczej.

To było kilka dni temu, tak trochę przed północą, pisząc wykład dla studentów o jakże fascynującym temacie „Środki miejscowo znieczulające” w górnym prawym rogu ukazał mi się kwadracik z powiadomieniem o nowym mailu. Kątem oka zauważyłam tytuł maila „Błagam o pomoc”.

Nie mogłam olać – musiałam otworzyć.

Treść maila była następująca:

„Proszę Pani – proszę i błagam o pomoc. Mój 4 letni synek, ok 4 godziny temu podszedł do stołu, a tam leżały nasze leki. Teraz chorujemy i bierzemy antybiotyki ……..*, oprócz tego były tam: ……….* . Jak zauważyłam, to Staś akurat wkładał coś do buzi i połknął zanim podeszłam. Pytałam go co połknął, ale nie powiedział dokładnie co. Tylko powiedział, że wyjął kilka kolorowych groszków, bo myślał, że to cukierki. Potem zachowywał się normalnie, ale po godzinie zaczął wymiotować. Nie wiem co zrobić – niech mi Pani napisze, że nic mu nie będzie, przecież to tylko kilka tabletek.”

(*Z maila usunęłam nazwy handlowe leków)

Ponieważ mail odczytałam natychmiast po odebraniu, zaraz też napisałam odpowiedz – “Proszę skonsultować się z lekarzem NATYCHMIAST!”

Niestety nie dostałam maila zwrotnego, ale mam nadzieję, że Pani zadzwoniła do lekarza lub na pogotowie i wszystko dobrze się skończyło.

Ale…

Mam kilka przemyśleń na ten temat

Zapewne mój mail i moja wiadomość o konieczności natychmiastowej konsultacji z lekarzem, tej Pani nie usatysfakcjonowała. Zapewne czekała na informacje – „proszę się nie martwić, do rana przejdzie a jutro synek spokojnie niech idzie do przedszkola”. Zapewne chciała potwierdzenia, że to nic takiego – przecież to kilka tabletek – a właściwie to przecież nie wiadomo, ile i co Staś połknął. Zapewne chciała przeczytać, że nie ma co się denerwować i panikować – lepiej iść spać – do rana przejdzie.

Ale ode mnie takiej informacji nie usłyszała i nie przeczytała. Dlaczego? Bo nie jest to sytuacja, którą można bagatelizować. Sytuacja połknięcia przez dziecko przypadkowych leków jest sytuacją, w której należy się denerwować i jak najszybciej należy skontaktować się z lekarzem/pogotowiem. (niedługo napiszę o tym na blogu więcej)

Już wcześniej zdarzały mi się podobne maile z prośbą o pomoc – bo dziecko się oparzyło, bo wymiotowało, bo się skaleczyło, bo pies ugryzł, bo wypiło trochę piwa, bo wylało na siebie wrzątek, bo chciało przejść przez ogrodzenie i rozcięło sobie skórę na brzuchu, bo przycięło sobie palec drzwiami, bo wybiło zęba, bo spadło z drzewa i boli go ręka, bo spadło z roweru i wymiotuje, bo wypiło łyk zmywacza do paznokci, bo oblało się Domestosem, bo polizało kapsułki do prania, bo wbiło sobie gwóźdź w stopę, bo spadło ze schodów i rozbiło sobie głowę, i wiele innych.

I powiem Wam szczerze, że za każdym razem zachodzę w głowę, dlaczego ci rodzice piszą do mnie w takim momencie. W momencie, w którym ich dziecku stała się krzywda, w momencie, w którym ich dziecko potrzebuje pomocy, uwagi, opieki i często natychmiastowego wezwania pogotowia czy pojechania do szpitala.

Naprawdę nie umiem znaleźć odpowiedzi, dlaczego tak robią – siedzą w Internecie, szukają porady u wujka Google, wysyłają zdjęcia, proszą o pomoc, poradę i piszą maile z nadzieją, że ja im przez tego maila powiem, że wszystko jest ok.

Kompletna głupota! 

W ten sposób tracą czas – cenny czas, który w wielu przypadkach może zaważyć na zdrowiu lub życiu ich dziecka.

Zamiast od razu pomóc dziecku wolą szperać w Internecie – Jest to dla mnie nie do zrozumienia, nie do zaakceptowania a co więcej jest to nieodpowiedzialne, głupie, naiwne i bardzo ryzykowne!

Przecież w tym czasie dziecko czeka na pomoc, cierpi, zostawione jest same sobie – nie wie co się dzieje i jeszcze mocniej przeżywa sytuację.

Ale co ważne – przecież w tym czasie stan dziecka może się pogorszyć i sytuacja może zacząć zagrażać zdrowiu i życiu dziecka!

Więc Rodzicu – jeżeli Twojemu dziecku coś się stało, coś mu dolega lub na coś się skarży – nie szukaj porady w Internecie. Udaj się do lekarza, zadzwoń na pogotowie lub na SOR i powiedz co się stało, a zapewniam Cię, że tak lepiej i szybciej mu pomożesz.