Witam.
Chciałabym bardzo serdecznie podziękować za tak duże zainteresowanie moim wpisem „Zasłyszane w piaskownicy”. Dziękuję za czytanie, komentowanie, lajki, miłe słowa w mailach i 3-cie miejsce w zestawieniu #blogowyczwartek:)
Opisane przeze mnie zdarzenie nie było sytuacją wymyśloną na potrzeby bloga. Była to prawdziwa scena, na prawdziwym placyku, z prawdziwymi mamami i dziećmi… niestety. I niestety nie była to pierwsza taka sytuacja w moim życiu, ale o tym za chwilę…
Była to sytuacja wyjątkowo szokująca dla mnie ale jak się okazało również i dla Was. Ta sytuacja pokazuje, jak część społeczeństwa (na szczęście nie wszyscy) traktuje temat zdrowia i stosowanych leków. Okazuje się, że dla niektórych, leki są tylko małą łyżeczką syropu lub malutką tabletką czy kapsułką… o ciekawym, kolorowym wyglądzie i do tego czasem smacznym smaku…. czyli najzwyklejszym cukierkiem. Stosując leki „widzą” tylko to co chcą – czyli lecznicze działanie leku a zapominają lub udają, że nie wiedzą albo rzeczywiście nie wiedzą, że LEKI TO NIE CUKIERKI! A przecież leki to produkty zawierające w swoim składzie substancje (często nawet kilka) silnie działające, które oprócz tego korzystnego (w określonych sytuacjach) działania leczniczego mają szereg działań niepożądanych i skutków ubocznych nie mówiąc już o interakcjach z innymi lekami czy z pożywieniem.
Wiem, jestem tu trochę niesprawiedliwa, bo wytykam im głupotę… a przecież Ci ludzie, w tej swojej niewiedzy, wiedzą (przynajmniej bardzo ogólnie) po co stosują te leki – jako panaceum na całe zło i wszelkie możliwe schorzenia! Tylko, że takiego panaceum nie ma!!! Nie istnieje lek na wszystko – niestety!
Opisana przeze mnie sytuacja jest tym bardziej szokująca, że dotyczy dzieci i podawania im leków na własną rękę, bez wizyty u lekarza. A przecież organizm dziecka jest jeszcze niedojrzały, wymaga odpowiednio dobranych dawek leków, może różnie reagować na leki a i działania niepożądane jakie mogą wystąpić u dzieci po podaniu leków często mogą być niebezpieczne.
Tak wiem… ja też mam trójkę dzieci, te moje dzieci też chorują i też często mam pokusę podania im czegoś na własną rękę…zwłaszcza, że na wizytę do lekarza trzeba czekać trzy dni:( Nie mówię, że sama nie podaję im leków (np.: przeciwgorączkowych, syropów ziołowych na kaszel czy kropli do nosa na katar) ale nigdy nie podaję im leków na receptę bez konsultacji z pediatrą (a i te bez recepty staram się ograniczać lub konsultować z pediatrą).
Skąd takie zamiłowanie niektórych ludzi do samoleczenia siebie i co gorsza do samodzielnego leczenia dzieci? Tu będę trochę brutalna (chociaż wiem, że nie dotyczy to wszystkich) – bo my Polacy wszystko wiemy najlepiej a już jak leczyć to mamy z tego specjalizację z doktoratem i habilitacją razem wzięte! Do tego z pomocą przychodzi dr. google, dobre rady mam, babć, cioć, sąsiadek, koleżanek i takie kwiatki jak te z piaskownicy wychodzą…
Ta sytuacja nie jest wyjątkiem, jest jedynie jedną z wielu historii, jakie słyszałam na placykach czy w parkach przy okazji codziennych spacerów z dziećmi…
Może z racji zawodu mam wyczulony słuch i zwracam na to tak szczególną uwagę… nie wiem… Fakt jest faktem, że niektórzy rodzice w sposób bardzo lekkomyślny, głupi i frywolny podają swoim dzieciom leki, kompletnie za nic mając zalecenia lekarza, rady farmaceuty oraz informacje umieszczone w ulotkach dołączonych do leków. A dla niektórych im więcej leków, tym lepiej (o zgrozo)…
Dla przykładu kilka prawdziwych historii z życia wziętych, równie szokujących – przynajmniej dla mnie (zobaczymy jak dla Was?), z którymi spotkałam się albo podczas praktyki w aptece albo na placyku właśnie w tej „piaskownicy”. (Zaznaczam – tak nie należy postępować!)
- rozcieńczanie leku napojem gazowanym
Chłopiec ok. 3 letni miał zlecony przez lekarza syrop – nie chciał go wypić bo i smak nie specjalny a i chęci przy chorobie brak. To co mama zrobiła? Odmierzyła odpowiednią ilość leku, wlała do butelki z colą i podała dziecku – i co? I wypił… bo „kochał” colę…
„Nie ważne jak… ważne, że dostał lek” – jak to określiła mama…
- popijanie leków czym popadnie
Sytuacja trochę podobna do poprzedniej… dziecko miłośnik ice-tea, nawet w nocy musiał mieć ją postawioną przy łóżku (tak na wszelki wypadek), wszystkie leki popijał tym napojem… bo innym nie chciał…
“A co się takiego wielkiego stanie? – napój jak każdy inny” – mówiła mama
- podawanie dziecku (często i sobie) jednocześnie kilku leków zawierających tą samą substancję leczniczą
I znowu przykład – kilkulatek gorączkował, więc mama kupiła w aptece syrop z paracetamolem i czopki z paracetamolem (bardzo dobrze, bo to odpowiedni lek dla dziecka na gorączkę). Tylko, że po powrocie z apteki zaaplikowała dziecku i syrop i czopek…
Jak to później określiła – “Przecież to były dwa różne leki – jeden syrop, drugi czopek”.
Tyle tylko, że te dwa różne leki zawierały tą samą substancje leczniczą (paracetamol) i dziecko dostało go w podwójnej dawce (a może to być bardzo niebezpieczne i pisałam o tym TU)
- nieprzestrzeganie dawkowania – podawanie zbyt małej lub zbyt dużej dawki leku
Znowu przykład gorączkującego dziecka i jego mamy… Dziecko miało 39,8°C i mama podała mu 8 ml syropu zamiast 4 ml (a tyle wynikało z wyliczeń, uwzględniających masę ciała dziecka)…
Dlaczego? „Bo miał wysoką gorączkę a podwójna dawka szybciej mu ją obniży” jak to określiła mama…
Sytuacja odwrotna – dziecko miało zlecony przez lekarza antybiotyk (5 ml) ale rodzice po przeczytaniu ulotki stwierdzili, że tak dużo tam jest działań niepożądanych a synek taki mały to zmniejszą z 5 do 2 ml dawkę leku – i byli bardzo zdziwieni, że nie było poprawy…
- wysyłanie dziecka w trakcie antybiotykoterapii do żłobka/przedszkola/szkoły
Kiedyś jak czytałam takie historie to nie wierzyłam – ale o zgrozo tak jest!!! Dzieci po kilku dniach brania antybiotyku (jak już jest lepiej, bo nie ma gorączki) pojawiają się w żłobku/przedszkolu/szkole i dalej szerzą zarazę a często łapią coś nowego od innych…
- wysyłanie dziecka do żłobka/przedszkola/szkoły
Niestety zdarzają się sytuacje, gdzie rodzice przyprowadzają gorączkujące dziecko do przedszkola i zanim je oddadzą pod opiekę pań uprzednio (prawie pod drzwiami przedszkola) podają dziecku lek przeciwgorączkowy…brak słów…
- nieprzestrzeganie godzin podawania leków
Dziecko miało brać antybiotyk co 12 godzin (o 9 i 21). Ale mama wychodziła do pracy o 7:30, dziecko zostawało z opiekunką, która nie chciała leków podawać (lub mama nie chciała, żeby ona podawała). Budziła córeczkę, podawała jej lek i jechała do pracy. Wieczorem dziecko dostawało lek jak już leżało w łóżku ok 21-22… czasem inaczej… – nie było zachowanego stałego odstępu czasu w podawaniu antybiotyku (a to jest jest niezmiernie istotne o czym pisałam TU)
- niedokładne czytanie ulotki
Sytuacja z placyku – pewna mama w żartach opowiadała, jak pierwszy raz córce podawała antybiotyk. Niestety nie doczytała ulotki, otworzyła butelkę a pamiętała, że ma podać dziecku 5 ml leku. Do opakowania była dołączona plastikowa łyżeczka z miarką, wysypała proszek i dała dziecku… i dopiero po dwóch dawkach zorientowała się, że coś jest nie tak…
- wykonywanie inhalacji z glikokortykosteroidami bo dziecko zakasłało „a im wcześniej zrobimy inhalacje ze sterydami tym lepiej” – słowa pewnej mamy…
Oczywiście nie sposób tu nie wspomnieć i nie wymienić takich „kwiatków” jak:
- zostawianie/kupowanie/załatwianie antybiotyku na zapas
- kupowanie leków na bazarku np: w sklepie z chemią z Niemiec
- smarowanie wszelkich zmian na ciele dziecka maścią ze sterydem
- stosowanie przeterminowanych leków
- zakraplanie do oka leków, które otwarte były dawno temu
- kupowanie wszelkich możliwych suplementów diety jakie tylko pojawią się w reklamie
Generalnie, jeżeli spotykam się z takimi sytuacjami to staram się w sposób delikatny wytłumaczyć, dlaczego tak nie wolno postępować.
Czasem jest tak, że ktoś mówi „O! dzięki, że zwracasz mi na to uwagę – ja tego nie wiedziałam/em – już tak nie zrobię.”
Czasem jest tak, że ktoś ma inne zdanie i rozmawia ze mną raz grzeczniej raz nie…
Czasem jest tak, że ktoś nie chce słuchać i odchodzi lub ucina rozmowę… Chociaż z sytuacją opisaną w poprzednim wpisie spotkałam się po raz pierwszy. Po raz pierwszy ktoś określił mnie mądralińską i użył niecenzuralnych słów… to chyba postęp:)
W sumie to się trochę nie dziwię i mam za swoje – przecież żadna z mam nie lubi „dobrych rad” i pouczania przez inne mamy… Prawda?
Ale z drugiej strony… uważam, że zwrócenie uwagi w takich sytuacjach jest moim obowiązkiem. Wychodzę z założenia i jest to zapewne związane z moją wrodzoną naiwnością, że niektórzy mogą nie znać zasad bezpiecznego stosowania leków i może po rozmowie, zastanowią się dziesięć razy zanim postąpią tak kolejny raz… co tylko będzie z korzyścią dla dziecka.
Miał być tylko krótki wpis a wyszło jak zwykle …
tym bardziej gratulacje dla tych, którzy dotarli do końca:)
Dziękuję i pozdrawiam:)
Opublikowano: 18 maj 2015 o 22:55